"Moja kochana Daniłówka...". Pan Franciszek Przytomski nie ukrywa wzruszenia na sam dźwięk nazwy swojej rodzinnej miejscowości. W 2016 r., zegar wybił mu 80 lat. Pamięta wszystko, jakby to było dzisiaj. W ręku trzyma zdjęcie, które parę lat wcześniej zrobił podróżując na Ukrainę. Przypomina sobie miejsce swojego dzieciństwa, miejsce rodzinnej tragedii.
Zaczyna opowieść...
"Pierwszą ofiarą band Ukraińskiej Powstańczej Armii był mój kuzyn. Około 600 metrów od nas mieszkała rodzina mojej matki. Wujek walczył na froncie, w domu pozostała ciotka Krasicka oraz czwórka jej dzieci: dwóch synów oraz dwie córki. Pewnej mroźnej marcowej nocy ich dom został otoczony przez banderowców... Dzieci były przerażone, kuzyn Staszek, być może w obawie przed podpaleniem, wyskoczył przez okno w samej bieliźnie do ogrodu. Niestety, został pojmany. A ukraińscy partyzanci litości nie mieli... Aby spotęgować cierpienie, zaciągnęli chłopca jeszcze cztery kilometry w głąb lasu. Dopiero tam włożyli mu pistolet do ust... Nie zginął od razu, po strzale, brocząc krwią, próbował oddalić się jeszcze od swoich oprawców. Agonia trwała długo... Znaleźliśmy jego ciało po tygodniu. Widok był makabryczny. Tego dnia Ukraińcy zabili jeszcze dwóch młodych chłopców w Daniłówce. Po morderstwie cała nasza rodzina, wraz z rodziną ciotki Krasickiej, w obawie o swoje życie codziennie nocowała w lesie. Bo banderowcy przychodzili właśnie nocą...
Palili całe domy wraz z domownikami. Słyszeliśmy krzyki zabijanych dzieci, matek, ojców... Noc skrywała okrutne zbrodnie oraz cierpienia. Małe dzieci nabijano na sztachety od płotów, rozrywano je za nogi. Litości nie było dla nikogo...
Mijały tygodnie. W końcu nastał pamiętny 13 maja... Wróciliśmy do domu nad ranem, jak zawsze, z leśnego noclegu. Od początku czuliśmy pewien niepokój. Choć majowe słońce chciało przysłonić całą tę wojenną pożogę, a kwiaty próbowały swym pięknem przystroić nasze cierpienia, w powietrzu unosiło się coś niedobrego, w sercu panował niepokój".
 Ich złe przeczucie sprawdziło się po południu. To właśnie wtedy, jeszcze za dnia, z lasu wyłoniło się kilku mężczyzn uzbrojonych w karabiny. Jechali w powozie, kierując się od razu w stronę gospodarstw, zamieszkałych przez Polaków. Chodzili od domu do domu, zbierając wszystkich razem, niby na zebranie do sołtysa.
Pan Franciszek kontynuuje:
"Przerażona matka krzyczała do ojca, abyśmy wszyscy uciekali, bo przyjechali po to, by nas zamordować. On odrzekł, że nie ma się czego bać. Matka, wyczuwając zbliżającą się tragedię, z przerażeniem wybiegła jednak szybko w stronę lasu. Za nią dwóch synów: Władek i Stefan. W tym całym zamieszaniu zapomniano o młodszym rodzeństwie... Znajdowaliśmy się wtedy w okolicach pola, z kuzynkami i siostrami. W pewnym momencie w naszą stronę zaczął iść jeden z uzbrojonych mężczyzn. Przerażeni, zaczęliśmy uciekać w stronę prawosławnej kapliczki, która znajdowała się na wzniesieniu przy polanie. Gdy w wielkim strachu dotarliśmy na wzniesienie, skupiliśmy się w kłębek, trzymając się razem za ręce. Czekaliśmy na najgorsze. Niedługo potem usłyszeliśmy pierwsze strzały...
Gdy po wszystkim nastała dłuższa cisza, odważyliśmy się zejść na dół. Makabryczny widok, jaki zastaliśmy, na zawsze pozostał w naszej pamięci... W kałuży krwi leżały bezwładne ciała naszych rodzin, sąsiadów, małych, niewinnych dzieci...
Banderowcy zamordowali w sumie 13 osób. Mój ojciec, 16-letnia siostra, trzyletni brat, dwóch sąsiadów, trzy sąsiadki, pięcioro małych dzieci... Poważnie ranna została także ciotka Krasicka. Zmarła w wielkich cierpieniach wieczorem. Zdążyła nam jednak opowiedzieć, że egzekucji dokonał jeden z Ukraińców. Z masakry uratował się tylko sześcioletni brat, Adaś, który w czasie mordów, spał na zapleczu pieca chlebowego. Właśnie dzięki temu banda z UPA nie mogła go zobaczyć...
Niedługo potem z lasu wróciła mama wraz z dwoma braćmi. Rozpacz była ogromna, nie sposób opisać ją słowami. Przed odjazdem banderowcy kazali pochować ciała ukraińskim mieszkańcom wsi. Groby mnożyły się tego roku w sposób niewyobrażalny. Do końca lata zdążyli wymordować resztę polskich mieszkańców wsi...".
 Po majowej tragedii, w której zginęła większa część rodziny Przytomskich, na stałe ukrywali się w lesie. Schronieniem był gęsty zagajnik sosnowy. Trzeciego dnia po masowej egzekucji rozpoczęła się jednak kolejna nagonka Ukraińców - banderowcy postanowili wytropić wszystkich Polaków, którym udało się uciec.
Przytomski dodaje:
"W pewnym momencie usłyszeliśmy gwar, jakby polowano na dziką zwierzynę. Matka objęła nas i przytuliła do serca. Okrzyki nasilały się, mordercy byli coraz bliżej. Wtuleni pod gęstą świerkową choinką czekaliśmy na najgorsze. Pamiętam, że mama modliła się żarliwie do Matki Boskiej o opiekę. Wysłuchała nas... Banderowcy przeszli trzy metry obok, ale nas nie dostrzegli. Serca stanęły nam jednak wtedy ze strachu".
--
O rodzinnej wsi, a także tragedii, jaka się tam wydarzyła, Pan Franciszek pamięta każdego dnia. W 2002 r. pojechał na Ukrainę, by znów zobaczyć okolicę, w której się urodził, te lasy, jabłonie, przesiąknięte krwią jego rodziny.
Ironią losu, po terenach jego dawnej wsi oprowadzał go Ukrainiec, który okazał się synem jednego z banderowców.
Franciszek Przytomski podsumowuje swoje wspomnienia:
"Teraz ta ziemia leży odłogiem. Nie można zbudować swojego szczęścia na cudzej krzywdzie. Oni chcieli odzyskać niepodległość kosztem tysięcy pomordowanych ludzi, kosztem gwałconych dziewcząt, piłowanych żywcem mężczyzn, niewinnych dzieci przybijanych do płota… Wojna to straszna rzecz".
--
Obszerniej na temat zbrodni w Daniłówce możemy znaleźć w książce - Konrad Piskała, dr Leon Popek, Tomasz Potkaj - "Kres. Wołyń, historie dzieci ocalonych z pogromu"

enfrdeitptrues

78. rocznica ludobójstwa

Reklama

 

Szukaj w serwisie

Statystyki

Odsłon artykułów:
2848820

Odwiedza nas 95 gości oraz 0 użytkowników.

cpr certification online
cpr certification onlinecpr certification onlinecpr certification online